To nie poniedziałki są złe…

Jak to zwykle w niedzielę wieczorem bywa na Facebooku znów zagościł ten mem. W sumie widziałem go już z tysiąc razy, kilkakrotnie nawet go „zalajkowałem”. Jednak wczoraj jakoś tak mocno skłonił mnie do refleksji. Był pewnego rodzaju wyzwalaczem. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do tego posta i powiem… od niego wszystko się zaczęło…IMG_0475

A co niby ma się zacząć? Ano regularne pisanie. Pomimo tego, że ten blog ma już prawie 6 miesięcy, to nie mogę powiedzieć, aby był jakoś mocno zapełniany treścią. Z drugiej strony od kilku tygodni często słyszę słowa zachęcające do tego, abym więcej pisał. Tak wiem – mówią to głównie psychofani mojej Kuny.

Dla niewtajemniczonych – czyli tych, którzy nie mogą obserwować mojego profilu prywatnego wyjaśnię, że Kuna to taki inteligentny futrzak, który zadomowił się na moim poddaszu i od mniej więcej dwóch tygodniu usiłuję go (a właściwie Ją) schwytać. Ku uciesze znajomych robię to publicznie, dzieląc się swoimi przygodami z Kuną na Facebooku. Co gorsza czas leci, a ja w tej nierównej walce przegrywam do zera, lub jak to się mówi do jaja. Ale ja nie o Kunie. Ja tym razem o sobie.

Skoro podjąłem decyzję regularnego pisania, to się na początku przedstawię. Bo myślę, że autor każdego bloga powinien się przedstawić, aby ludzie wiedzieli kim on jest. A zatem:

Jestem Wojtek i uwielbiam poniedziałki. A właściwie to nawet nie wiem kiedy one są. I to jest absolutnie genialne! Ten mem – to zdjęcie otwierające tekst – uświadomiło mi, że ja nie ogarniam rzeczywistości w kontekście dni tygodnia. Od ponad 16 lat pracuję projektowo i dzień tygodnia nie ma dla mnie zupełnie znaczenia. Zdarza mi się pracować cały weekend, ale i zdarza mi się mieć weekend w środku tygodnia, czyli wolną środę i czwartek. I co najważniejsze – jara mnie to okrutnie.

Od zawsze moi znajomi nazywali mnie dzieckiem szczęścia. Bo w sumie mam tego szczęścia dużo. Choćby moja praca… Od 2000 roku robię coś co daje mi gigantyczną frajdę. Robię to co lubię i jestem w tym dobry. Dlaczego? Bo pracuję w zgodzie ze swoimi talentami. Tak – jestem fanem teorii Marcusa Buckinghama, że człowiek ma swoje wrodzone predyspozycje i jeśli wykonuje pracę, która jest spójna z nimi to jest szczęśliwy i odnosi sukces.

Jak rozpoznać predyspozycje? Nic prostszego – można wypełnić test lub można zweryfikować czynności, które się na co dzień wykonuje. Oto lista kontrolna – jak każdy dobry model w amerykańskich teoriach, musi być akronimem. Są cztery objawy wykonywania pracy zgodnej z silnymi stronami, które układają się w słowo SIGN – bo tak właśnie się mocne strony manifestują:

  • S (success) Gdy wykonujesz zadanie, które jest Twoją silną stroną, wtedy jesteś wydajny – osiągasz sukces
  • I (instincts) Zanim to zrobisz, instynktownie tego pragniesz
  • G (growth) W trakcie wykonywania tej czynności, czujesz, że się rozwijasz
  • N (needs) Gdy skończysz, będziesz czuł, że Twoje potrzeby zostały spełnione

I dla mnie prowadzenie szkoleń i projektów doradczych takie właśnie jest.

Zacznę od I – Nawet jeśli prowadzę 368 raz z rzędu szkolenie: Fundamenty Sprzedaży Profesjonalnej, czy Fundamenty Pozytywnego Przywództwa, to nadal jaram się jak dziecko przed rozpoczęciem szkolenia. Dlaczego? Bo wiem, że będą nowi ludzie. Wiem, że nowi ludzie to nowe dyskusje i nowe spojrzenie na znane mi wyzwania.

Kolejne jest G – Czy ja czuję, że się rozwijam? Oczywiście. Uczestnicy szkoleń często widzą, że prowadząc szkolenie nagle siadam i zapisuję coś w swoim czarnym notesie. Wbrew pozorom to nie są „donosy na uczestników”. To efekty olśnienia. To pomysły na nowe działania, czy rozwiązanie moich problemów. Tak – ja najbardziej się uczę prowadząc szkolenia.

Czas na N – jak ja uwielbiam poczucie satysfakcji po skończonym szkoleniu. Często ludzie pytają mnie jak to jest, że kończąc szkolenie o godzinie 17.00 wychodzę z sali dopiero około 18. Ja tam sobie siedzę i myślę. A dokładnie – napawam się radością chwili. Tego, że być może właśnie udało mi się trochę, choć minimalnie zmienić czyjeś życie. Sprawić, że po 10 latach od szkolenia on nadal będzie pamiętał, że najlepszy Klient to ANTYLOPA i w końcu nauczy się zarządzać priorytetami w portfelu swoich Klientów.

No i na końcu, pierwsze – czyli S – tak odnoszę sukces. Niektórzy mówią, że jestem jednym z najlepszych trenerów z jakim mieli okazję pracować. Ja bardzo nie lubię przedrostka NAJ. Dla mnie bycie NAJ – lepszym, szybszym, wyższym zakłada obiektywną porównywalność. I tak długo jak nie ma rankingu trenerów czy mówców motywacyjnych, tak długo wolę mówić o sobie, że jestem po prostu zajebiście dobry. I cieszy mnie to.

Pojawia się zatem pytanie. Jak znaleźć pracę, która będzie dawała aż tyle satysfakcji? Jak znaleźć pracę, która będzie tak bardzo zgodna z naszymi mocnymi stronami? Odpowiedź jest banalnie prosta – nie wiem. Ja wiem, jak ja trafiłem do tej roboty.

W 1999 roku marzyłem o tym, aby pracować w firmie doradztwa personalnego. Studiowałem psychologię z wiodącą specjalizacją Psychologia Organizacji i Zarządzania, tak zwane OiZy i jak wiele osób z mojej grupy, chciałem się zajmować HR’em. Wysyłałem więc CV na wszystkie możliwe oferty pracy, stażu dotyczące specjalistów ds. rekrutacji, szkoleń, zarówno po stronie Klientów jak i firm doradczych. Wygrałem nawet Grasz o Staż, aby dostać praktykę w korporacji, ale korporacje mnie nie chciały. Dziś z bagażem doświadczeń wiem dlaczego.

I w pewnym momencie trafiłem na praktyki do małej, trójmiejskiej firmy doradczo – szkoleniowej. Firma była naprawdę mała. Biuro miała w biurowcu Chipolbrok w Gdyni – co dla mieszkańców Trójmiasta powinno jasno wskazywać, że w tamtych czasach był to mega wypas. Kiedy więc szedłem na rozmowę rekrutacyjną do najlepszego biurowca w Gdyni wiedziałem, że wchodzę w wielki świat. Okazało, że faktycznie w tym budynku firma ma biuro… Dokładnie jeden pokój wielkości 15 m2, w którym pracowało około 12 konsultantów 🙂

To były przepiękne czasy. Co robiliśmy? Wszystko. Absolutnie wszystko. Od rekrutacji, poprzez oceny pracowników, Assessment Center do szkoleń włącznie. Ja, jako że niezwykle w tamtym czasie jarałem się narzędziami diagnozy predyspozycji i potencjału, testami psychologicznymi, robiłem kursy psychografologii, zajmowałem się głównie rekrutacjami. I nawet dobrze mi to wychodziło.

Jednak pamiętam jak dziś… Pewnego dnia sprzedałem do firmy Komandor (tak, to ta od szaf wnękowych i drzwi przesuwnych) duży projekt szkoleniowy – chodziło o szkolenia ze sprzedaży. Jako że byłem konsultantem odpowiadającym za tego Klienta jeździłem z Agnieszką, bardzo dobrą trenerką, na szkolenia. Jedno szkolenie, drugie szkolenie… piąte szkolenie. Ciągle to samo – w roli asystenta (co-trenerem bałbym się nazwać), czyli takiego gościa co rozdaje uczestnikom pisaki, przynosi flipchart, itp. I jednego pięknego dnia, przyjeżdżam na szkolenie, rozkładam materiały dla uczestników, aby trenerka mogła przyjechać na gotowe i dzwoni mój telefon…

To Agnieszka. Mówi, że ma straszną grypę żołądkową, leje się z niej masakrycznie i choćby nie wiem co… nie przyjedzie!!! Decyzja? Ja będę prowadził szkolenie! I… udało się. Ponieważ znałem szkolenie na pamięć, umiałem omówić każdą scenkę. Tak oto poprowadziłem pierwsze w życiu szkolenie. A potem już jakoś poszło. Na szczęście dla mnie firma, w której pracowałem była skąpa. Zatem gdy tylko się dało, przycinała koszty.

Jednym z głównych kosztów szkolenia jest trener. Dlatego gdy tylko Klient się zgadzał, abym ja prowadził szkolenie, firma (a najbardziej Pani Prezes/Właściciel) była wniebowzięta, bo ja dostawałem za poprowadzenie szkolenia 10% tego, co Agnieszka. Wszyscy byli szczęśliwi. Ja, bo mogłem się rozwijać i prowadzić szkolenia. Firma, bo zarabiała więcej. Agnieszka… no dobra, ona nie była zbyt szczęśliwa, że jakiś gówniarz zabiera jej robotę, bo jest 10 razy tańszy. Ale mogła nie chorować 😉

Potem odszedłem z tej firmy zakładając własną firmę doradczą. Wróciłem do rekrutacji, którą jednak lubiłem robić. I nagle zadzwonił telefon. Zadzwonił mój mentor. Maciej Musiał – niezwykłej klasy psycholog z Sopotu. Powiedział coś, co nie do końca zrozumiałem. Powiedział, że Jacek Santorski (to rozumiałem), szuka ludzi (to też zakumałem) do jakiegoś projektu dla TVN (nazwę stacji też znałem). Jednak każde zdanie, które było pomiędzy, nic mi nie mówiło. Wiedziałem tylko, że mam jechać do Warszawy.

Pojechałem więc. Ja, chłopak z Trójmiasta, które ustalmy – w 2001 roku było mega zadupiem, czego najlepszym dowodem było to, że Loża Trójmiejska, czyli nieformalny klub zrzeszający ludzi pracujących w stolicy, była najliczniejszą ze wszystkich lóż w Warszawie. Każdy, kto w tamtych czasach miał choć trochę oleju w głowie, wyjeżdżał do stolicy. Dziś dużo tych osób na szczęście wraca.

Jadę zatem do wielkiego świata. Spotkanie umówione przy Alei Wilanowskiej (dokładnie na ul. Dominikańskiej) w pięknej, jak na tamte czasy, willi. Podjechał jakiś łysy koleś, w krótkich spodniach i skórze, czerwonym Camaro. Następnie do spotkania dołączyli Holendrzy. Myślałem, że się zesram ze strachu. Po krótkiej rozmowie wyjaśnili, że chodzi o przygotowanie projektu Reality Show, że będzie się nazywał Big Brother, a w Polsce Wielki Brat.

Na stół rzucili mi dokument, który nazwali biblią formatu (kto wie co to jest format) i kazali się zapoznać. Na koniec podsumowali: „W tej biblii opisane jest kilkanaście zachowań, relacji, które muszą się pojawić w domu Wielkiego Brata. Z naszych doświadczeń wynika, że te relacje gwarantują wysoką oglądalność programu. Proszę, przygotuj sposób rekrutacji, oceny i selekcji uczestników programu, aby zagwarantować wystąpienie tych zachowań”.

Podjąłem wyzwanie. Wtedy powstał jeden z najskuteczniejszych systemów oceny jaki w życiu stworzyłem. Do dziś patrząc na menedżerskie Assessment, czy Development Centre, w których czasem uczestniczę, uśmiecham się pod nosem myśląc, że to co robię to pikuś w stosunku do tego, jak genialny był system doboru kandydatów do pierwszej edycji programu BB.

Jednak program, jak to program – kiedyś musiał się skończyć. A wraz z nim moja współpraca z Endemolem i TVN’em. Potem jeszcze robiłem pojedyncze zlecenia dla stacji telewizyjnych i w sumie uczestniczyłem przy doborze ludzi do kilkunastu programów, czy teleturniejów, ale nigdy już nie na taką skalę jak przy BB. Wróciłem do 3-miasta. Jednak czegoś mi brakowało. Ja naprawdę lubię Warszawę. Lubię to szybkie miasto. Ja dobrze się czuję w tym pośpiechu i tej ciągłej nerwowości. Mnie uskrzydla „życie na ASAPie”. Nie mogłem więc wytrzymać w Gdańsku i znów zacząłem aplikować do stolicy.

Znów chciałem trafić do firm doradztwa personalnego. Marzyła mi się praca w takich firmach jak Spencer Stuart, Korn Ferry, Heidrick&Struggles czy Russell Reynolds. Podczas jednej z rozmów rekrutacyjnych, siedzący przede mną konsultant spojrzał na mnie i powiedział: „Masz dobre CV i rozumiem, że chcesz się rozwijać w rekrutacji. Nawet po Twoich doświadczeniach wydaje się to być logiczne. Ale co byś powiedział na pracę w firmie szkoleniowej? Dużej firmie szkoleniowej. Powiem wprost – największej firmie szkoleniowej na świecie?”

…Nie wiem w sumie dlaczego, ale powiedziałem: „Jasne – mogę spróbować”. I w ten oto sposób trafiłem do procesu selekcji do firmy AchieveGlobal. Po pierwszym spotkaniu z Mirką, ówczesną Panią Prezes, zostałem zaproszony na drugie spotkanie. Miałem przygotować prezentację swojego pomysłu na rozwój ich firmy. Wróciłem do domu i zacząłem analizować czym się AG zajmuje.

Oprócz (jak się później okazało genialnych) rozwiązań z zakresu sprzedaży, firma AchieveGlobal miała swoje własne modele skutecznego przywództwa i efektywności organizacyjnej. Zajmowali się rozwojem liderów. Pomyślałem sobie, że to gigantyczna okazja, abym wrócił do swojej drugiej pasji – do sportu. Bo oprócz metod selekcji, to co mnie kręciło, to psychologiczne uwarunkowania sukcesu w sporcie. Zrobiłem więc prezentację zaczynającą się od slajdu:

  • Jaka część gospodarki ma globalnie największe budżety?
  • Jaka część gospodarki ma osobne kanały telewizyjne?
  • Jaka część gospodarki ma osobny blok zaraz po głównym wydaniu wiadomości w każdej stacji?

SPORT

I potem zacząłem opowiadać o tym, dlaczego mając tak genialne modele przywódcze, tak wspaniałe doświadczenia w zakresie rozwoju liderów, powinni się zająć dedykowaną ścieżką rozwojową dla sportowców. Przypomnę, był to listopad roku 2002. Zrobiłem tę prezentację, dostałem brawa oraz, co jak się później okazało było elementem kultury organizacyjnej AchieveGlobal, godzinną sesję informacji zwrotnej. Omówiony został każdy element mojej prezentacji i ogólny wniosek był następujący:

  • Umiejętności prezentacji do poprawy,
  • Charyzma i kontakt z odbiorcą idealnie,
  • Pasja i zdolność zarażania pomysłem – super,

Decyzja – chcemy Cię zatrudnić, ale zapomnij o tym swoim pomyśle na sport. To się nie sprzeda.

I tak zostałem odpowiedzialny za sprzedaż projektów szkoleniowych na rynku paliwowym, energetycznym i motoryzacyjnym. Aby nie było, że miałem mieć tylko gigantów, to na bazie swoich doświadczeń w TVN dostałem też do obsługi rynek mediowy i agencje reklamowe.

W firmie wytrzymałem do listopada 2005 roku. Odnosząc jakieś tam sukcesy, nauczyłem się jednego – ja się nie nadaję do korporacji.

I w sumie to by było tyle mojej historii. Bo od grudnia 2005 robię już dokładnie to samo. No, może jeszcze z małą przerwą na zarządzanie salonem motocyklowym.

Dlaczego o tym wszystkim piszę?

Bo jak widać byłem w bardzo różnych miejscach. Pracowałem zarówno w małej firmie, jak i w potężnym, globalnym kolosie. Jako że przez ostatni rok pracy w AchieveGlobal odpowiadałem za projekty globalne, to nie tylko musiałem raportować do swojego przełożonego w Polsce, ale również do Global Account Managerów w Europie i Stanach.

Prowadziłem i prowadzę własną firmę.

W każdym z tych miejsc było raz lepiej, a raz gorzej. Bywały dni, że pracowałem po 18 godzin, a bywały takie, że nocowałem w pracy bo nie było sensu wychodzić o 4 nad ranem, aby o 9.00 być ponownie w biurze. Jednak zawsze praca sprawiała mi radość.

Piszę ten post z pociągu. Wstałem o 4.00, aby zdążyć na pociąg do Poznania. Tak – jest poniedziałek i od 4.00 jestem na nogach.

2a1
I wierzę, że to będzie bardzo dobry dzień.

Bo spędzę go na całodziennej sesji coachingowej z menedżerem sprzedaży dużej firmy motoryzacyjnej. Na pewno czegoś się od niego nauczę. Na pewno on nauczy się czegoś ode mnie. A na koniec, będę miał poczucie dobrze spędzonego dnia.

Bo to nie poniedziałek jest problemem. Nie jest też problemem nasza praca. Bo praca jest jaka jest.

Problemem, a właściwie rozwiązaniem, jest nasze nastawienie. Ja po prostu lubię to co robię 🙂

I tym optymistycznym akcentem kończę pierwszy tekst. Jednak muszę na siebie uważać, bo chyba mam zbyt dużą łatwość pisania i z tekstu, który miał być krótki, wyszedł jakiś gigantyczny elaborat.

IMG_0474

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ